Featured

poniedziałek, 12 lutego 2018

Helena Rubinstein, Magic Concealer - korektor pod oczy

Tak sobie dumam ile to razy myślałam nad zaopatrzeniem się w korektor od Helenki.
Jakoś ciągle nie było mi z nim po drodze. Niby go chciałam, ale nie aż tak mocno i stąd 'nie umiałam go kupić'. Oczywiście napisałam to w przenośni, bo w mojej Sephorze marka jest dostępna od ręki, ale moje niezdecydowanie było na tyle silne, że wiecznie go nie brałam do koszyka.
No, ale chyba dorosłam do tego by go w końcu kupić :D Tak! Zrobiłam to :D Nareszcie... ;)

Korektor zamknięty jest w małej tubeczce z dziubkiem. Tubka nie jest jakoś specjalnie sztywna. Dosyć wygodnie się nią operuje. Łatwo i szybko wydobywa się z niej zawartość produktu. Do dyspozycji mamy aż 15 ml. To całkiem spora ilość jak na korektor. Najczęściej mamy do użytku znacznie niższą gramaturę.

Aplikacja jest szybka i prosta. Niewielka ilość produktu wystarczy na pokrycie niedużych cieni pod oczami. Z większymi raczej nie da rady (tutaj bardziej poleciłabym Tarte Shape Tape lub kamuflaż z MUFE). Osobiście uważam, że Magic Concealer posiada średnie krycie. Dla mnie wystarczające.
Korektor nie wygląda sucho, ale po kilku h od nałożenia wysusza mi okolice pod oczami, czuję ściągnięcie i dyskomfort. Jest bardzo wydajny, ładnie się łączy z podkładami. Nie zauważyłam by oksydował.

Mam mu do zarzucenia kilka rzeczy. Przede wszystkim przeokropnie waży się, wchodzi w załamania (zmarszczki mimiczne) i... po dłuższym stosowaniu uczula okolice oczu. Jeżeli korektor stosuje codziennie to po tygodniu mam wysyp pod oczami. Jeśli zaś nanoszę go 3/4 razy w tygodniu (co drugi dzień) to nic takiego się nie dzieje. Doszłam już do tego dlaczego tak jest. Nie wiedziałam, że w składzie korektora wchodzi ekstrakt z rumianku i oto cały winowajca.

Niestety tym razem Helenka mnie zawiodła. Spodziewałam się czegoś lepszego.
Korektor nie spełnia moich oczekiwań. Zużyję go, ale raczej więcej nie kupię.

Pozdrawiam
Ania






niedziela, 4 lutego 2018

Kat Von D, Everlasting Liquid Lipstick - Płynna szminka do ust


Muszę się Wam przyznać, że średnio lubię malować usta. Nie wiem dlaczego tak jest, ale tak już mam. Jedną z moich ulubionych matowych pomadek do ust jest ta od Jeffree Star. Kiedyś o niej pisałam recenzję LINK.
Jeżeli już mam sięgnąć po matową szminkę to z rozkoszą sięgam po Jeffree Star. Konsystencja jest fenomenalna :)
Na płynną szminkę od Kat Von D polowałam od dłuższego czasu. Niby chciałam ją wypróbować, ale  miałam chwilę zwątpienia, czy warto w nią inwestować. Jakoś marka Kat Von D nie robi na mnie wrażenia :P Cały ten szum (dotyczący marki) zadziałał na mnie negatywnie. Człowiek tak czasami ma albo go jakaś marka interesuje albo nie wzbudza zainteresowania. Ja tak właśnie mam względem marki Kat Von D, Chanel, The Balm, Too Faced itp. No, ale do rzeczy ;)



W opakowaniu mamy 6,6 ml produktu, cena to 89,00 zł, ważna jest 12 msc od otwarcia.
Szminkę można kupić w Sephorze. Bodajże mamy 41 odcieni. Tak więc całkiem spory wybór.
Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy (kiedy tylko o niej pomyślę) bardzo dziwnie nosi się ją na ustach. Mam cały czas wrażenie, że coś suchego przyczepiło mi się do ust. Szczerze to właśnie w tym momencie za każdym razem mam ochotę ją zetrzeć/zmyć. Te uczucie jest na tyle dziwne, drażniące i dla mnie nie do zaakceptowania, że mnie wręcz frustruje. Następna wada: szybko znika z ust. W żaden sposób nie mogę jej porównać do Jeffree Star. Ten trzyma się dzielnie (no chyba, że zjemy tłuste danie, ale wtedy każda szminka polegnie, bo tłuszcz rozpuszcza).
Kolor jaki posiadam to Lovecraft. Jest bardzo ładny do momentu kiedy nie oksyduje. Potem staje się za ciemny. Ostatnio stwierdziłam, że wolę jaśniejsze kolory na ustach (jak już), ale nie typowe nudziaki, beże - to absolutnie odpada. Wciąż bardzo lubię podtony różowe, głównie takie mi pasują i takie staram się nabywać.





Krótko podsumowując: Nie jestem w stanie używać matowej płynnej szminki do ust od Kat Von D.
Nie mam przyjemności z jej stosowania, wysusza moje usta, szybko schodzi, oksyduje (dość konkretnie).

Życzę miłej niedzieli :)




sobota, 27 stycznia 2018

Moje pierwsze wrażenia: Dior, Diorskin Forever Undercover - podkład do twarzy



Marka Dior stosunkowo niedawno wypuściła na rynek nowy podkład do twarzy. Lubię testować nowe podkłady, bo twierdzę, że a nóż ten będzie dla mnie idealny... Co prawda znalazłam już swojego faworyta o którym wkrótce będzie osobny post, ale kobieca ciekawość nigdy nie jest zaspokojona i przez to wciąż poszukuję i ochoczo testuje podkładowe nowości :D ;)


Będąc w Douglasie poprosiłam o zrobienie próbki z podkładu Diorskin Forever Undercover.  Ekspedientka zrobiła próbkę koloru nr 010 Ivory.
Jak tylko wróciłam do domu od razu zabrałam się za testowanie.
Po pierwszym użyciu wiedziałam, że się nie zaprzyjaźnimy. Podkład ekstremalnie podkreśla suche skórki, a tego nie potrzebuję. Dla mnie za mocno matuje, mam dyskomfort na twarzy. Czuję ściągnięcie na czole i policzkach. Kolor 010 jest bardzo ciemny (a jest to najjaśniejszy kolor w gamie). Bladolice nie znajdą dla siebie odcienia. Mało tego podkład oksyduje (ciemnieje).
Krycie wcale nie jest mocne, raczej średnie.


Produkt pełnowymiarowy kosztuje 205,00 zł bodajże za 40 ml (zazwyczaj, a w sumie prawie zawsze mamy 30 ml).
To tyle spostrzeżeń.
Reasumując: Jestem na nie. Dla mnie ten podkład nie jest wart uwagi, pieniędzy. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że moja cera nie przepada za matowymi i długotrwałymi podkładami. Mam wrażenie, że ich nie toleruje.

środa, 24 stycznia 2018

Moje pierwsze wrażenia: Bobbi Brown Extra Repair Serum - serum do twarzy dla skóry suchej

Strasznie żałuję, że w moim Douglasie nie ma marki Bobbi Brown. Kiedyś była, ale na moją niekorzyść została wycofana :(
Teraz by zdobyć jakąkolwiek próbkę muszę kogoś prosić o pomoc lub ewentualnie jechać ok 100 km w jedną stronę do Galerii w której znajduje się Douglas (a w niej firma Bobbi Brown). Tym razem o zdobycie próbek nie prosiłam nikogo. Z siostrą zrobiłyśmy sobie wycieczkę i same pojechałyśmy :P Oczywiście jak to zwykle bywa miałyśmy po drodze pecha. Na autostradzie był wypadek i tkwiłyśmy w niemałym korku :/ Jak już w końcu dojechałyśmy do Galerii byłyśmy najszczęśliwsze na świecie ;)
Dzisiaj wezmę pod lupę serum do twarzy z Bobbi Brown




Krem pod oczy niezwykle przypadł mi do gustu. Pomyślałam, że może pójdę krok dalej i przetestuje od nich serum. Dostałam próbeczkę do domu. Umyłam, oczyściłam buzię, nałożyłam serum i klapaaa...
Buzia zaczęła mnie po ok. 10-15 min piec. Myślałam, że zawału dostanę :/ Znowu uczulenie, podrażnienie, a przecież serum jest dla cer suchych, bodajże wrażliwych też (ale tu nie mam pewności). Z jednej strony czułam super nawilżenie (nawet kremu na twarz nie musiałam nakładać), a z drugiej strony miałam piekarnik na twarzy. Nosz... gdyby nie alergia to serum byłoby rewelacyjne. Dawno nie miałam tak expresowego nawilżenia cery. Zero ściągnięcia, klejenia, wałkowania, rolowania. Dla mnie bomba. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że moja cera nie domaga się dodatkowego kremu nawilżającego. Nigdy samo serum jej nie wystarczało. No, ale co z tego jak zawsze musi być COŚ. Dobrze, że wzięłam sobie próbkę do domu, a nie kupowałam serum w ciemno. No chyba bym się teraz wściekła :/ Koszt pełnowymiarowego opakowania wynosi 479 zł za 30 ml. Cena bardzo wygórowana.
Na dłuższą metę nie jestem w stanie Wam napisać jak działa serum, bo alergia wykluczyła testowanie pełnowymiarowego produktu, ale z tego co widzę po konsystencji kosmetyku to powinien być wydajny. Jest bardzo lejący.
Próbowałam znaleźć skład w internecie i nawet udało mi się go wygooglować ;)
Dla zainteresowanych wstawiam LINK do analizy składu kosmetyku.
Jetem prawie pewna, że to któryś z ekstraktów roślinnych spowodowało alergię. Niestety cera newralgiczna, płytko unaczyniona rządzi się swoimi prawami i nie wszystkie roślinki jej podchodzą.
Wzięłam jeszcze inne próbki z Douglasa, zobaczymy jak się sprawdzą...

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Farsali, Unicorn Essence - baza pod makijaż






Myślę, że nie muszę Wam przedstawiać bazy z firmy Farsali. Jest dosyć znana na YT  i w blogsferze.
Co ciekawe nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że zakupię bazę pod makijaż. Jakoś zawsze odpowiadało mi nakładanie podkładu solo. Tak sobie myślę, że może jest to związane z tym, że jestem posiadaczką bardzo wrażliwej cery i z trudem dobieram sobie każdy kosmetyk... co za tym idzie kolejne testowanie baz  mogłoby się skończyć standardowo już uczuleniem (myśli).
Tak, czy siak mam w swoich zbiorach kosmetycznych bazę Farsali używam jej często, acz nie zawsze, bo zwyczajnie o niej zapominam :D



Opakowanie jest szklane co z jednej strony dodaje uroku, a z drugiej jest niepraktyczne. Dołączona pipeta jest jak najbardziej przydatna :) Sami decydujemy ile nabieramy produktu, nie jest Nam to z góry narzucone.
Baza ta ma interesującą konsystencję. Nie nazwałabym jej tłustą, a i nie żelową. Trudno jest mi ją opisać. Na pewno ma różowy kolor co widać na załączonym obrazku. Jak dla mnie w tym różu są zagłębione mikro 'perełki', które mają powodować blask na cerze. Ja to tak widzę.


Posiada bardzo specyficzny zapach, słodki i zarazem mdły. Na szczęście na dłuższą metę nie jest on wyczuwalny, szybko się ulatnia i Chwała za to, bo na dłuższą metę nie byłabym wstanie mieć jej na buzi.
Baza z pewnością przedłuża trwałość podkładu, niestety nie zauważyłam by nawilżała, a szkoda, bo bardzo na to liczyłam. Moja cera w okresie grzewczym mocno się buntuje. Ciągle jest przesuszona, odwodniona. Suche skórki męczą mnie psychicznie :/ Ciągłe nawilżanie, natłuszczanie, nic nie daje. Praktycznie nie ma dnia w którym nie użyłabym maseczki nawilżającej/regenerującej. Nie mogę się doczekać wiosny kiedy to w końcu buzia odetchnie z ulgą, a ja razem z nią.
Baza spełnia swoją rolę. Utrwala makijaż, przedłuża jego żywotność. Podkłady o wiele lepiej prezentują się na twarzy. Widać, że baza bardzo ładnie z nimi współpracuje. Odnoszę wrażenie, że  napina cerę. Oczywiście dzieje się tak do momentu demakijażu :P Co ważne nie wchodzi w pory, a ma to dla mnie ogromne znaczenie, bo mam rozszerzone pory przy nosie, na skroniach. Praktycznie każdy podkład (solo) wchodzi mi w nie i je podkreśla... Nieestetycznie to wygląda.
Widziałam bardzo dużo pozytywnych opinii  na temat owej bazy (siła YT). Tak sobie myślę, czy jestem z tej bazy na tyle zadowolona by móc zakupić następne opakowanie (jak to miało miejsce przy kremie pod oczy z Bobbi Brown)? Szczerze... Nie wiem. Pewnie gdyby mocniej nawilżała to skusiłabym się na kolejny zakup, a tak to mam wątpliwości :/ 
Obecnie testuję też inną bazę, dam znać jak ta się u mnie sprawdziła :P

środa, 17 stycznia 2018

Bobbi Brown, Extra Eye Repair Cream - krem pod oczy

Witajcie Kochani,

Bardzo dawno mnie nie było w blogsferze. Jak wiecie jest to związane z tym, że urodziłam córeczkę. Ciągle sobie obiecuję, że powrócę do blogowania mimo, że pociecha pochłania cały mój wolny czas. Postaram się jak najczęściej dodawać posty (recenzje), bo mam o czym pisać. Przez prawie rok czasu przetestowałam wiele kosmetyków (kolorowych i pielęgnacyjnych) :)
Ok. Dosyć tego marudzenia pora na recenzję kremu pod oczy, bo z tym dzisiaj do Was przybyłam.




Przez długi czas nie potrafiłam znaleźć i tym samym dopasować do swojej okolicy oczu kremu. Wiecznie coś mi nie odpowiadało... a to nawilżenie słabe, rolował się pod korektorem, uczulał, podrażniał. Bywały dni kiedy odechciewało mi się testować kolejny 'niewypał'.
Kiedyś obiło mi się o uszy, że bardzo dobry krem pod oczy ma firma Bobbi Brown. Niewiele miałam wspólnego z tą marką... W zasadzie miałam od nich raptem kilka produktów, które niekoniecznie się u mnie sprawdziły (mam na myśli tusz do rzęs KLIK). Ciekawość jednak zwyciężyła i w ten oto sposób zaopatrzyłam się w słynny krem pod oczy o nazwie "Extra Eye Repair Cream". 



Cena jest nieziemska. Za słoiczek (15 ml) płacimy aż 315,00 zł :o :o :o Jest to kolosalna kwota... Ale, ale... Wydajność jest równie wysoka. Jeden słoiczek przy codziennym stosowaniu wystarczył mi aż na 9 msc. Uważam, że jest to świetny wynik, wychodzi wtedy ok. 35 msc miesięcznie za porządny krem pod oczy. Wiadomo, wpierw trzeba wydać te 315 zł, ale przykładowo Douglas ma nieraz promocje - 20% na wszystko lub pielęgnację, tak więc wtedy w szczególności polecam polować na te cacuszko (to zawsze 63 zł mniej do płacenia).


Krem fantastycznie sprawuje się pod oczami. Cudownie nawilża tą jakże delikatną okolicę, mam wrażenie, że wygładza i napina. Korektory bardzo dobrze wyglądają bezpośrednio nałożone na ten krem. Nic się nie wałkuje i nie waży. Sama konsystencja produktu jest bardzo bogata, gęsta, masełkowa. Dużo nie potrzeba by nawilżyć okolice oczu. Osobiście jestem z niego niebywale zadowolona. Obecnie zaczęłam używać drugie opakowanie :) 


niedziela, 26 marca 2017

Bobbi Brown, Eye Opening Mascara

PODPIS


Producent o tuszu pisze...

"Eye Opening Mascara - Tusz, który nadaje rzęsom mocne podkreślenie. Bogata, węglowa czerń podkreśla każdą rzęsę od nasady, aż po koniec. Tusz zapewnia najdłuższe, najgrubsze i najbardziej podkreślone rzęsy, nadając oczom piękny i uwodzicielski wyraz. Sekret? Innowacyjna szczoteczka i czarna jak tusz formuła pogrubiająca - razem zapewniają niezwykły efekt już za pierwszym pociągnięciem szczoteczki. Kilka szybkich ruchów szczoteczką i otrzymasz jeszcze bardziej wyrazisty efekt."



 Ostatnio bardzo dłuugo poszukiwałam odpowiedniego tuszu dla moich rzęs. Marzył mi się tusz podkręcająco-wydłużająco-pogrubiający, takie 3 w 1 ;) Na instagramie rzucił mi się w oczy tusz z firmy Bobbi Brown o nazwie "Eye Opening Mascara". Widząc zachwyty nad nim pokusiłam się o niego :) Przyznam szczerze, że zakup poczyniłam w ciemno. Nie ma w moim mieście (w Douglasie) marki Bobbi Brown, więc tak naprawdę do końca nie wiedziałam, czy ta mascara sprawdzi się i u mnie, nie miałam jak tego sprawdzić. Od około 2 miesięcy jestem nieszczęśliwą posiadaczką owego tuszu. Pewnie część z Was się zastanawia "jak to nieszczęśliwą?" Ano tak to... Tusz jest beznadziejny. Absolutnie nie wart 119,00 zł! Dawno nie miałam takiej tragedii w swojej kosmetyczce. Kompletnie nic nie robi z rzęsami, kruszy się/osypuje niemiłosiernie, nie pogrubia, nie podkręca, nie wydłuża. Klapa na maxa... Jak dla mnie to on powinien się zwać "Tragedia na rzęsach" :/ Jestem wściekła na ten produkt. Nie mam zielonego pojęcia, czy tylko u mnie on w ten sposób działa? Czy trafiła mi się jakaś stara sztuka? Bubel? Jedno jest pewne - NIGDY WIĘCEJ PO NIEGO NIE SIĘGNĘ, A TYM BARDZIEJ PONOWNIE GO NIE ZAKUPIĘ. Poza powyższymi mankamentami muszę dopisać, że tak duża szczoteczka nie nada się do małych oczu. Łatwo nią można uzyskać efekt pandy :/

Pozdrawiam
Ania

czwartek, 2 lutego 2017

Charlotte Tilbury, Face Powder Air Brush Flawless Finish - Puder do twarzy



Jest mi tylko niezmiernie przykro, że te kosmetyki Charlotte są tak ciężko dostępne w PL. By je zdobyć należy sprowadzać je z zagranicznych sklepów internetowych ewentualnie można kupić w sklepie online www.pl.houseofbeauty.co.uk co mi kompletnie nie idzie na rękę.
Zawsze to jakieś wyjście, aczkolwiek nie do końca mnie ono cieszy, bo na houseofbeauty czas oczekiwania na dostawę jest nawet 14 dni roboczych... Jak możemy się domyślić w tym czasie  kosmetyki od Charlotte zostają sprowadzone do PL z magazynu, który znajduje się w UK. Dla mnie najgorszy jest czas oczekiwanie na przesyłkę, nigdy nie lubiłam czekać na paczki. Zawsze jak coś chciałam sobie kupić to jechałam bezpośrednio do Sephory lub Douglasa wybierałam produkt na miejscu i już. I takie zakupy lubię, czekania strasznie mnie męczy, tym bardziej jeśli się porządnie nakręcę  na jakiś kosmetyk/firmę. Tyle słowem wstępu ;)



No dobra, przechodzę do meritum ;) Czaiłam się bardzo długo na puder od Charlotte. Do końca nie byłam zdecydowana co do koloru. Brałam pod uwagę opcję "fair" i "medium". W efekcie końcowym skusiłam się na FAIR. Trochę tego żałuję, bo kolor jest dla mnie zdecydowanie za jasny,  miałam wziąć ten MEDIUM. Z drugiej strony lepiej mieć za jasny niż za ciemny. Puder ma 8 gramów. Hmm, no nie jest to duża pojemność, nie czarujmy się, ale ciekawość i chęć wypróbowania wygrała ;) Cena pudru mnie powaliła na łopatki, płacimy za niego aż 239,00 zł (plus koszt dostawy).

O tym, czy warto było sprowadzać puder zza granicy i płacić za niego taką kwotę dowiecie się poniżej ;)



Opakowanie pudru jest niezwykle eleganckie, luksusowe, szwarne. Kolor puzderka jest przepiękny :)  Wewnątrz opakowania mamy lusterko, no i wiadomo puder :D bez zbędnego puszka.
Odcień pudru jest bardzo jasny, według mnie będzie się nadawał dla bladolicych.
Pocierając puder palcem czujemy jego wysoką jakość. Puder jest miałki, czyli bardzo bardzo bardzo drobno zmielony, a to tylko działa na jego korzyść. Tak szczerze to chyba pierwszy raz mam do czynienia z takim miałkim pudrem.
Elegancko nakłada się na twarz, absolutnie nie mamy efekt ciastka na buzi. Długo się otrzymuje, utrwala makijaż. Z biegiem czasu nie zmienia koloru (nie oksyduje), nie migruje. Nie jest wyczuwalny na twarzy pod warunkiem, że nie nałożymy go tonę ;) Niestety ma jeden ogromny MINUS. Moja osoba nie jest w stanie go używać, gdyż mnie uczula. Po każdej aplikacji wyglądałam jakby mnie ktoś oparzył O.o  Na początku nie wiedziałam, że to sprawka pudru. Brałam pod uwagę różne opcje. Prawda okazała się być brutalna :( Gdyby nie uczulenie byłby moim faworytem. Zdecydowanie należałby do grona cudownych kosmetyków, a tak to nic z tego :(

Pozdrawiam
Ania







środa, 1 lutego 2017

Dlaczego mnie nie było w blogsferze?

PODPISPewnie większość z Was zastanawiała się skąd taki zastój na blogu? :P
Przyczyna była jedna ;) Myślę, że zdjęcie wyjaśnia wszystko :)


Moje serduszko Lilianka przyszła na świat w grudniu :)



Jeżeli chcielibyście odrębny post na temat tego w jaki sposób przebiegała u mnie ciąża, jakie wykonywałam badania etc. to dajcie znać :) 
Chętnie podzielę się z Wami moimi przeżyciami :)

W miarę możliwości postaram się stopniowo dodawać posty, a uwierzcie mam o czym pisać :P

Pozdrawiam
Ania

piątek, 2 grudnia 2016

M Brush by Maxineczka pędzel do makijażu 02

Dzisiejszy wpis jest kontynuacją postów dotyczących pędzli od Maxineczki :)
Już od jakiegoś czasu zaczęłam kolekcjonować wysokiej klasy pędzelki. W tym właśnie te od Asi :) Zależy mi głównie na wysokiej jakości włosia. W tym przypadku cena nie ma znaczenia. Włosie ma być niebywale miękkie, delikatne. Kształtem ma odpowiadać moim wytycznym. Koniecznie musi nadawać się dla cer wrażliwych ze skłonnością do zaczerwień. Trzonek nie musi być długi, czym krótszy tym lepiej, ale za krótki też nie może być ;) Oczywiście to są moje wymogi, każda z Was może mieć inne :)

Pędzel 02 przede wszystkim ma mi służyć do konturowania twarzy, a także do blendowania konturu,  takie było moje założenie nabywając 02. Jakby ktoś pytał ja swój model kupiłam na www.mintishop.pl za cenę 139,90 zł (plus przesyłka). Podczas użytkowania zauważyłam, że wypadł z niego raptem jeden włosek, co jest absolutnie normalną rzeczą przy tego typu pędzlach. Produkty do konturowania nakłada się nim bardzo sprawnie, miło, przyjemnie :) Nic Nas w twarz nie kłuje, nie trze. Włosie jest niebywale miękkie, jedwabiste, delikatne, wręcz idealne do cer ekstremalnie wrażliwych, naczynkowych. Tutaj mamy pewność, że Nasza buzia nie będzie 'porysowana', zdecydowanie nie mamy do czynienia ze "szczotą".  Pędzel został wykonany z wysokiej jakości włosia, i to się chwali. Dla mnie wrażliwca jest to ogromnie istotna kwestia, czy włosie mogłoby mi w  jakikolwiek sposób podrażnić cerę. Wystarczy, że na co dzień muszę niezwykle subtelnie dbać o buzie by nie zrobić jej krzywdy. Makijaż ma mi sprawiać przyjemność, satysfakcję, a żeby tak było nie tylko kolorówka, ale i akcesoria odgrywają tutaj kluczową rolę. Dlatego ja stawiam na jakość, nie na ilość. Wolę mieć kilkanaście pędzli wysokopółkowych z cudownym włosiem niżeli 100 z tandetnym, kłującym, drapiącym czymś...

Pędzelek myję mydełkiem od beautyblendera. Bez problemu wszystko domywa. Czasami na włosię nakładam odżywkę lub maseczkę, odczekuje ok. 30 min i zmywam letnią wodą. Pędzelek wkładam do siateczki i susze na ręczniku. O to cała filozofia mycia pędzelka :) Po wyjęciu pędzelka z siateczki włoski mam pięknie ułożone, pędzelek w dalszym ciągu ma swój pierwotny kształt i wciąż można się nim cieszyć :) 
Być może któraś z Was mnie zapyta, czy zdecyduję się na zakup innych pędzli od Maxineczki? Zdecydowanie tak :) Uważam, że każda z Nas ceniąca sobie cudowne naturalne włosie powinna chociaż jeden pędzelek kupić.

Kochani, słyszeliście, że Maxineczka wypuści na PL rynek 7 nowych pędzelków? Ponoć ok. 15 grudnia powinny być już dostępne w sklepie online (www.mintishop.pl). Polujecie na jakiś model? :)

Pozdrawiam
Ania


sobota, 17 września 2016

Charlotte Tilbury, Filmstar Bronze & Glow




O kosmetykach Charlotte Tilbury w sieci aż wrze ;) Mnóstwo pozytywnych opinii można przeczytać na temat produktu Filmstar Bronze & Glow. Bardzo długo biłam się z myślami, czy go kupić. Wolałabym go przed zakupem zmacać, aby ostatecznie zdecydować się na jego wybór. Ale jak to zrobić kiedy nie mieszka się za granicą i nie mamy możliwości dotknąć, wypróbować zainteresowany produkt? Ciężka sprawa, prawda?... Zostaje więc opcja 'zakupy w ciemno' i podgląd na swatche/filmiki w sieci.


Zdecydowałam się wydać nie małą kwotę na "Filmstar Bronze & Glow". Nie mała, bo aż 350,00 zł.
Czy pożałowałam wydanych pieniędzy? Przekonacie się nieco niżej ;)


Opakowanie bronzero-rozświetlacza jest bajeranckie. Wzbudziło we mnie zachwyt. Dla mnie jest cudowne, bajeczne, nieprzesadzone :) Trafia w 100 % w mój gust :)
Posiada w środku lusterko, a na nim w górnym rogu z prawej strony mamy przesłodką białą gwiazdkę <3



 
Kolory obu produktów są nasycone, łatwo z nimi przedobrzyć. Kiedy pierwszy raz nałożyłam bronzer, czułam, że trochę przegięłam. Musiałam więc wziąć duży zbity pędzel i rozblendować całość do momentu kiedy stwierdziłam, że mogę 'z tym czymś' wyjść :D Ha ha ;)
Myślałam, że ilość, którą nałożyłam była stosunkowo niewielka, ale się pomyliłam :D
Bronzer nie ma tendencji do robienia plam, zacieków, smug. Z łatwością daje się rozblendować :) Osobiście używam go jako bronzer do ocieplania twarzy, a nie jako produkt do konturowania, zresztą nawet nie jest do tego przeznaczony. Musicie się liczyć z tym, że nie posiada w sobie ani krzty chłodnych tonów, wyraźnie są one ciepłe... Wstawiam Wam zdjęcie porównawcze. 




Po lewej stronie jest Charlotte Tilbury, a z prawej mamy The Balm Bahama Mama. Różnica jest kolosalna, prawda? Widać, że Charlotte ma bardzo specyficzny kolor i tak naprawdę z dużym powodzeniem możemy go zastosować w formie różu.
Jeśli chodzi o rozświetlacz przypomina mi Mary Lou z The Balm. Z tym, że jest to jego łagodniejsza wersja. Daje przepiękne rozświetlenie przy czym nie wyglądamy tandetnie. Widzę w nim drobinki, ale z pewnością nie jest to brokat. Tak samo jak bronzer nadmiar z łatwością można usunąć. Kolor  jest szampański. Wydaje mi się, że i ciepłym i zimnym tonom będzie w nim do twarzy.


Te oto duo w moim odczuciu z powodzeniem możemy stosować na dzień jak i na wieczór, raczej nie wyrządzimy sobie nim krzywdy. Oczywiście intensywność sami musimy sobie dopasować. Co kto lubi.
Wydajność powala, ciężko będzie mi go zużyć np. w ciągu roku. Raczej będzie to niemożliwe. Na szczęście nie muszę się z tym spieszyć, bo ważny jest 30 miesięcy od otwarcia. 
Bronzer nakładam pędzlem od Maxineczki w numerze 02 (zakupiłam go w MintiShopie). Bardzo dobrze się nim aplikuje bronzery, produkty do konturowania, z łatwością blenduje. Więcej na jego temat będzie w osobnej recenzji.   
Nie żałuję zakupu, aczkolwiek spodziewałam się bronzera bardziej brązowego niż czegoś z różowymi podtonami :P
Z pewnością go zużyję, bez przymusu, a z chęcią :)
P.S Ponoć jest to najlepiej sprzedający się kosmetyk od Charlotte ;)

Życzę miłej niedzieli :)
Pozdrawiam
Ania









wtorek, 9 sierpnia 2016

Smashbox, Pędzel do makijażu twarzy Halo Highlighting Wand Gold - moje pierwsze wrażenia/odczucia

Od jakiegoś czasu poszukuję nowego rozświetlacza do twarzy w płynie/kremie. Nie chciałam  znowu zaopatrywać się w rozświetlacz w kamieniu, tym razem zależało mi na mokrej wersji.
Słyszałam pozytywne opinie na temat nowego rozświetlacza w pędzlu od firmy Smashbox. Mój stosunek do tej firmy jest sceptyczny, ale mimo to będąc w Sephorze poprosiłam o próbkę nowości w kolorze PEARL (mamy jeszcze do wyboru kolor gold).

Źródło: www.sephora.pl 


Dlaczego wybrałam kolor PEARL? Ponieważ wbrew pozorom nie jest tak ciepły jak GOLD.
Odcień PEARL ma różowe podtony czego niestety nie udało mi się złapać na zdjęciach. 
Rozświetlacz bardzo dobrze się sprawuje na kościach jarzmowych, łuku kupidyna, brodzie, a nawet i  czole (tutaj wystarczy minimalna ilość by tylko lekko zaznaczyć czoło). Nie ma większego znaczenia, czy kładziemy go na wybrane przez siebie partie przed nałożeniem podkładu, a może zaraz na niego, ewentualnie na przypudrowaną twarz, bo i tak można go nałożyć... Nie wałkuje się, nie roluje, nie kruszy. Zastyga, wysycha i dzięki temu cały dzień jest w nałożonych miejscach, nie migruje po twarzy. 


Zdecydowanie wygląda jak Nasz naturalny glow, nie jest to efekt typowej tafli (mam tu na myśli ekstremalnie mocnego błysku). W dobrze zaaplikowanych miejscach podkreśli Nasze atuty przy tym wygląda bajecznie :)
Możemy też go użyć na całą twarz, wystarczy minimalną ilość zmieszać z podkładem na dłoni. W tej opcji  też się sprawdza wyśmienicie, szczególnie pięknie to wygląda wieczorami (w sztucznym świetle). Na dzień preferuję u siebie podkreślić wybrane partie twarzy.

Czy zdecyduje się na zakup pełnowymiarowego opakowania?
Noo... Powiem szczerze, że tego to jeszcze nie wiem. produkt mnie w pełni satysfakcjonuje, ale ' pooglądam sobie jeszcze inne 'mokre' rozświetlacze w chłodnych odcieniach.
A może Wy możecie mi coś polecić? Oczywiście coś sprawdzonego dla alergika :P

Miłego wieczorku :)
Pozdrawiam
Ania


Wszystko to, co kobiety kochają :)